08 stycznia 2014

Wpis futerkowy

Jedyne prawo jakie działa prężnie na tym świecie, to prawo Murphy'ego. 
Jeżeli wchodzisz do wanny i zaczynasz myć włosy, to się spodziewaj, że nie spłuczesz ich ciepłą wodą. Brrr...

Jednak post miał być chomikowy i taki będzie.

Kilka dni temu moja Lula, stwierdziła, że powinniśmy pozbyć się rybki, bo ona już jej nie chce. Nie powiem, taka wypowiedź mnie zszokowała, i całkiem prawdopodobne, że zareagowałam zbyt gwałtownie, zbyt ostro jednak chyba dotarłam. Powiedziałam, że a co jak mam stwierdzi, że ona już nie chce mieć córeczki, też ma ją oddać? Brutalne prawda? Mam wyrzuty sumienia teraz, ale wtedy widząc jej smutną minkę postanowiłam wyjaśnić dalej z mniejszym nafaszerowaniem emocjonalnym w głosie. Że tak nie można, że o małe stworzonka trzeba dbać, jak już się je ma, i tak dalej, i tak dalej. W końcu zapytałam skąd ten pomysł... Okazało się, że to dziecię jest sprytniejsze niż myślałam, i że to pozbycie się rybki, nie było kwestią znudzenia się zwierzęciem, a racjonalnym podejściem, no jak na 3-latkę. Otóż kotki jedzą rybki! Aby uchronić rybkę trzeba ją oddać komuś, a samemu przygarnąć kotka. No bo przecież, my też przygarnęliśmy rybki, bo te gryzły inne rybki u cioci w akwarium...

Pojawiła się więc chęć posiadania futerkowca. O tyle o ile na psa, i kota się nie zgodzę (nie tylko ja), bo wychodzę z założenia, że a) trzeba mieć mnóstwo czasu do takiej zwierzyny, b) blok, to nie miejsce dla tego typu zwierząt, w szczególności dla psa, bo to powinno się wybiegać i potrzebuje przestrzeni, i c) to wielka odpowiedzialność. Jasne, ludzie trzymają takie zwierzęta w domach, ale ja się nie zdecyduję, chyba, że będę mieć dom z wielkim ogrodem. ;) Mikro zwierzątko to co innego. Zdaję sobie sprawę, że decydując się na coś, to będzie mimo wszystko w większości mój obowiązek, bo już ja widzę jak Lula z Tasiorem sprzątają trociny. O karmienie się nie martwię. Jest to dobry sposób na nauczenie maluchów odpowiedzialności, choć nie ukrywam, że nieco się martwię o delikatność Stasia, której mówiąc krótko on nie ma, i gryzoniowi mogłaby się stać krzywda.
W pierworodnej koncepcji na myśl mi własnie przyszedł chomiczek lub myszka. Ale przecież są jeszcze większe stworzonka, jak królik, świnka morska... Tu bym nie musiała się martwić o delikatność Stasia.

S. póki co kręci nosem, po swoim doświadczeniu ze szczurem, jednak wierzę, że da się go przekonać. Jest wiele za, wiele przeciw. Jakie są wasze doświadczenia z gryzoniami? Uważacie, że powinniśmy się wstrzymać z taką decyzją, bo to za wcześnie, czy warto spróbować?

Moje zdanie i zdanie S. jest zupełnie różne. Mój dom był zawsze pełen zwierząt. Miałam króliki, psy, chomiki, myszki, ryby, a nawet papugę kozią. S. miał tylko szczura i nie miał do niego podejścia. Nie chciałby, by to samo stało się w połączeniu naszych dzieci i gryzonia.