21 sierpnia 2014

Prywata po nieobecności

Gdzie znowu byłam jak mnie nie było? A no na urlopie. Krótkim, bo tygodniowym, jak się okazało wystarczającym by mieć krótką, ale jednak mieć, depresję po urlopową. Uwielbiam swą rodzinę i czas który spędzamy razem, nic na to nie poradzę.
Generalnie to mieliśmy zaplanowany dłuższy wyjazd, jako że udało nam się zwiedzić wszystkie zaplanowane miejsca plus ciut więcej w krótszym czasie szybciej wróciliśmy do domu i mieliśmy jeszcze czas na labing. Powiedzmy, że labing.
W ramach oszczędności bazę wypadową zorganizowaliśmy sobie u ciotki mojego eSa. We Wschowie. Miasteczko bardzo klimatyczne, wiele można by z niego wyciągnąć, ale widać, że już dość zapomniane. Większość ludzi boryka się tam z brakiem pracy i brakiem płynności finansowej. Gdzieniegdzie jeszcze na budynkach można spotkać stare niemieckie napisy-nazwy sklepów/usług, w swych oryginalnych wersjach, tak więc wyobrazić sobie możesz od jakiego czasu budynki te nie były w żaden sposób restaurowane.

Widok na klasztor oraz bibliotekę we Wschowie

"Diana" pomnik we Wschowie
W pierwszy dzień odwiedziliśmy czynną (sic!) parowozownię w Wolsztynie. To jest głównym atutem tej parowozowni, choć niestety nie załapaliśmy się na widok jeżdżącego parowozu. Przypuszczam, że taka atrakcja byłaby ekstra płatna, ale aż tak nam nie zależało. ;) Po pociągach można było śmiało skakać, choć ich stan pozostawiał w większości wiele do życzenia... Tylko te na prawdę mocno, ale to bardzo mocno, zdewastowane były zamknięte.

Wdrapujemy się do parowozu

Wersja mini wagonu



Taka ciekawostka

Dzieciaki mogły poczyć się jak w Stacyjkowie

Ruszam! ;)

Tego dnia odwiedziliśmy też Świebodzin. Niestety, pomnik Chrystusa nie zrobił na mnie takiego wrażenia jakiego chciałabym doświadczyć, widok okolicy też nie zapierał dechu w piersiach. Byłam, widziałam i tyle.


A później wybraliśmy się do Międzyrzeckiego Rejonu Uzbrojonego. Szkoda, że dzieciaki takie małe, miałam wielką ochotę połazić bo bunkrach. Jednak taki spacer zająłby półtora godziny, ech, maluchy nie dałyby rady, tym bardziej, że trzeba trzymać się przewodnika bez opcji spacerowania oddzielnie. Zamiast tego przejechaliśmy się pojazdem opancerzonym BTR 152, bujało jak nie wiem, ale fun był niesamowity. Jestem też pod wrażeniem ile to nasz szofer musiał się nakręcić kierownicą by to w ogóle skręcało. 
Dzieciaki myślały, że to rakieta

Króliczek pasuje jak ulał do takiego kliamtu ;)

W BTR 152


Drugiego dnia wybraliśmy się do Poznania. Poznań nas urzekł. Przepiękne miasto, choć zaskakujące był skłot (nie lubię tego słowa) zaraz przy rynku, na przeciwko którego kupiliśmy sobie cztery rogale marcińskie, miał być smaczek poznański. Jedliśmy je i jedliśmy, a one się nic a nic nie kończyły. W ramach rozrywki przejechałam się nawet z dzieciakami tramwajem, niby nic, ale to był pierwszy raz kiedy moje dzieciaki miały okazję zobaczyć czym się różni tramwaj od trolejbusu. Dotarliśmy na Maltę, gdzie Poznań ode mnie dostał kilka kolejnych plusików. Wszystko w jednym miejscu. W Gdyni, po pewnym czasie przestaje się użytkować stare atrakcje, nowe powstają zupełnie bez sensu w innych miejscach, a stare stoją i niszczeją, zamiast je wykorzystać, no ale ten temat pominę, irytuje mnie trochę. Na Malcie skorzystaliśmy z kolejki górskiej, oczywiście dzieciki i S. ani trochę stracha nie miały, tylko matka... Ale tylko ja mam lęk wszystkiego. :P Następnym punktem programu była przejażdżka kolejką maltańską i oto tym sposobem udało nam się przebyć całe jezioro do okoła.
Ja na kierownicę powinnam wskoczyć ;)

Koziołki

Wspomniany wcześniej skłot

Nad jeziorem Maltańskim


No i po przejażdżce 


Trzeciego dnia odwiedziliśmy Wrocław. Mimo pięknego rynku, cudownie zorganizowanego zoo Wrocław nas nie urzekł. Głównie z przyczyn niedopilnowania zachowania jednego wizerunku tej części miasta. Obracając się na wszystkie strony widzieiśmy piękne odrestaurowane kamienice, piękne choć nieodrestaurowane kamienice, molochy z czasów PRLu a także modernistyczne budynki nijak mające się do reszty.

Największe dziwadło architetury po wyżej. Nie wiem, co autor miał na myśli, po prostu nie rozumiem. No dobrze, powiedzmy, że połączenie starych murów i błyszczących okien rozumiem, patrzy na nas stamtąd galeria i zachęca do zaglądania, ale dlaczego wystaje zza niej takie coś?!

Skusilismy się na Mostek Pokutnic w kościele św. Marii Magadleny. No kto by się nie skusił obejrzeć całego miasta z wysokości, no kto? :)


Wnętrze kościoła

Schodów było co nie miara. Ja z każdym krokiem walczyłam ze swym lękiem wysokości, dzieciaki dzielnie się wdrapywały. Na jednym z pięter czekała nas ciekawy widok, dość mroczny, dośc niespodziewany.


Nie wiem czy było to specjalnie tak ustawione, czy nie. Ale czujesz klimat? Nie mogłabym żyć, jakbym foty nie walnęła. Z kolejnymi schodami było co raz mroczniej. Żartowałam, było normalnie. Widok z góry:


Kilka luźnych fot, nie będę Tobie przecież opisywać wszystkiego.
Tasior fotograf <3

Poimy niedźwiadka

Netoperki

Dzieciaki były bardzo niezadowolone,
że ten o to ryś zżerał królika


Całe zoo ma magiczny klimat

Foki zrobiły na mnie największe wrażenie
Kolejnego dnia, w zasadzie już wracając do domu, odwiedziliśmy jeszcze Park miniatur i Gród w Pobiedziskach. Bardzo fajne miejsca, szkoda, że w zasadzie dowiedzieliśmy się o nich przypadkiem...
Mina Stasia wyraża więcej niż tysiąc słów :)



Wiking jak nic ;)

No i zakuli babę

Nawet tam nie miałam chwili spokoju :P


Tatko napędzał machinę

Gród Pobiedziska

Na koniec udaliśmy się do Wenecji do muzeum kolejki wąskotorwej. Tam do zwiedzania były udostępnione obiekty tylko w indealnym stanie, reszta, która czekała na renowację mimo jednej dziury w podłodze była zamknięta dla zwiedzających. Co uważam za duży plus, a atrakcji i tak było od groma. Obok muzeum były udostępnione do zwiedzania ruiny Weneckiego zamku, oczywiście na terenie były różne tarany, machiny oblęznicze i inne. Stamtąd ruszyliśmy kolejką wąskotorwą do Żnina, gdzie czekał na nas S. I do domu...



Nawet Lula wie jak to obsłużyć



Księżniczka by była ze mnie marna

Zapraszam do środka

Widok z ruin na muzeum kolejki wąskotorowej

Dzieciaki znalazły w środku szkieletora,
Tasior stwierdził, że pewnie nie słuchał się mamy...

Tą kolejkę jechaliśmy

Do zobaczenia tato na ostatniej stacji

Jako ciekawostkę dodam zdjęcia ruin kościła z XVII wieku. Niestety nie pamietam nazwy miejscowości, bardziej wioski, w której się ukrywał. Piękny!





Przepraszam za jakość zdjęć, wiem, że niebo jest przepalone, że gdzieniegdzie są szumy... Ale nie chciało mi się tego obrabiać. Z wyjazdu przywieźliśmy blisko 1000 zdjęć, przebrałam bardziej reprezentatywne. Nie chciałam też Ciebie zanudzić. Miejsca naszywch wojaży były dostosowane do dzieci, nie wszystkie atrakcje są dla nich, nie wszystko da się też z nimi zrobić. Mimo to ja spędziłam wspaniale czas... Jeśli jesteś zainteresowny dowiedzeniem się czegoś więcej, to pisz. Wskaże, gdzie można dowiedzieć się czegoś więcej, lub opowiem coś więcej.

No to buźka!