18 sierpnia 2013

A natural disaster

Z każdym dniem co raz bardziej zbliżamy się do chwili, w której będę musiała całkowicie się reorganizować. Życie mi się wywróci do góry dnem, a ja nie będę mogła okazywać słabości.
Tak, mówię o przedszkolu.
Tak, mówię o poszukiwaniu pracy.
Tak, mówię o reorganizacji czasu, bo obiad nie będzie robiony w tym czasie co zwykle, a spacery nie będą codziennością.
Tak, muszę być silna ze względu na dzieci. Nie mogę im przecież okazać, że mi się łezka w oku kręci, bo muszę z nimi się rozstawać na te kilka godzin dziennie.
Może nie muszę, a może muszę. To jest ta chwila, którą inna matka tylko potrafi zrozumieć. Dziecko już nie będzie jej małym picipici cucicuci mili vanili bączkiem, teraz świat otwiera przed nim drzwi i trzeba je wypuścić. Z tych chwil na pewno będę się śmiać po latach. Ale emocje górą, jak zwykle.
Trochę się stresuję tym przeskokiem z dnia na dzień.

Jednak co by nie było, to nic nie ominie nas.

Są plusy. W następnym wcieleniu mnie, matki wariatki, może znajdzie się odrobinka więcej czasu dla siebie. Tylko dla siebie. Gdzie w spokoju paznokcie pomaluję, bez rozmazywania, bo coś dotknęłam - dziecko pić chciało. Usiądę, poczytam książkę. Pobiegam z muzyką w uszach. Yay, ile mam do zrobienia. Skupić się na sobie, czyż nie cudowne? Nie wynajdować czegoś w sieci dla S., nie patrzeć czy oby na pewno potworki się bawią (może się już pomordowały?), nie biec do kuchni bo Lula znów wyżera cukier łyżeczkami.

Tymczasem biegnę dalej, jeszcze po staremu.
Miała miejsce naturalna katastrofa.

Pozostawiam Was z tym co nucę pod nosem...