21 października 2013

Antybiotyk na kaszel

Przestało z chmur cieknąć. Za chwilę, pierwszy raz po ponad tygodniu, w końcu wyściubimy nos z domu. Dotyczy to bardziej potworków niż mnie. Ktoś na uczelnie musi chodzić. ;)

Korzystając z chwili chciałam Wam co nie co napisać o chorobie moich dzieci. 

Od kiedy poszli do przedszkola załapali katar i kaszel. Normalna sprawa; nowe zarazki, nowe miejsca, dużo emocji wywołanych między innymi pierwszą poważniejszą rozłąką. Były łzy, a przy łzach zawsze uczucia się skraplają nawet w nosie. Kaszel nie był jakiś tragiczny, raczej pokasływanie, czasem wywołane tym, że katar leciał do gardła, czasem tym, że klimat się zmieniał (z ciepłego w zimne i odwrotnie).

Kaszel i katar nie są chorobami dróg oddechowych. W ogóle nie są one chorobami, lecz objawami oczyszczania organizmu z toksyn, konkretnie ropy będącej objawem ważnego procesu samooczyszczania organizmu z toksyn powstających w wyniku oczyszczającej roli wirusów i bakterii w utrzymaniu organizmu w należytej czystości, od której zależy jego ogólna kondycja, a więc odporność na choroby.

Jednak przychodzi ten czas, gdy człowiek mówi dość. Ile można. Kaszlą i kaszlą, nie da się tego już słuchać i z tym żyć. Posiedzimy jakiś czas w domu, do zaniku. Niech organizm nie ma się przed czym bronić i z czego oczyszczać. Jak pomyślałam tak zrobiłam. Ku mojemu zdziwieniu nie polepszyło się, a pogorszyło. Julka nocą i rankiem dostawała takich ataków kaszlu, że cały dom stał na nogach. Oczywiście przed i po decyzji o pozostaniu w domu szkraby cały czas dostawały syropek. Przyszedł czas, że i temu w końcu powiedziałam dość. Poszliśmy do pediatry...
Byłam bardziej nastawiona na to, że to właśnie Julce trzeba pomóc. Stasiu pokasływał, nie miał problemów ze snem, z nocnym kaszlem, porannym. Nie miał też takich napadów jak Lula. Miałam nadzieję, że Pani Doktor przepisze nam jakiś lepszy syrop na ten kaszel, powie, żeby kilka dni jeszcze posiedzieć w domu... 
Wydawało mi się, i dalej mam takie przekonanie, że wiem kiedy moje dzieci są poważnie chore. Są dziećmi żywiołowymi, jak dopada je choroba siadają w fotelu i nic nie chcą - ni pić, ni jeść, ni bawić się, tylko oglądać bajki. Tymczasem teraz mają spory apetyt, spory nawet jak na Julkę, którą uważam raczej za niejadka. Zwyczajowo to w domu trzeba za nią biegać po domu i podkarmiać, bo ona swym żywiole nie ma czasu na jedzenie. Gorączki nie ma i nie było. Nawet powiem iż uważam, że dobrze zahartowałam te dzieci. Zawsze uważałam, że lepiej troszkę zmarznąć niż się przegrzać. Nie jestem też czapko-terrorystką. Jeżeli pogoda dopisuje nie ma wiatru, deszczu, palącego słońca i zimno też nie jest nie każe im nosić czapek. Powiem więcej, ostatni raz u lekarze byliśmy w styczniu, i to na kontroli po grudniowym wirusie, który zmógł z nóg całą rodzinę w tym mnie (a ja do chorowitych osób również nie należę). 
Dzieci podczas wizyty ani razu nie zakasłały. Tasior dalej ma traumę jeśli chodzi o lekarzy i nie bardzo chciał współpracować, jedna Lula pięknie wykonywała wszystkie polecenia. Pani osłuchała Julkę, Stasia trochę też (na ile się dało, na prawdę nie współpracował), opowiedziałam jej o tym jak sytuacja wygląda, usłyszałam że płuca, oskrzela czyste. Usłyszałam to, czego usłyszeć się nie spodziewałam.
Przepiszemy antybiotyk dla Stasia, ja słyszę że on gorzej kaszle, u Julki z antybiotykiem proszę się wstrzymać, jakby jej się pogorszyło to za 3 dni może jej Pani dać ten antybiotyk.
Kopara mi opadła, na recepcie przepisana cała apteka. Syropki, kropelki, tabletki wzmacniające odporność i ten... Antybiotyk. I to jeszcze dla Tasiora. Krew mnie zalała, w myślach cała litania niezbyt cenzuralnych słów poszła. No dobra, może ma rację... Przecież ja nie jestem mądrzejsza od lekarza... -myślałam, i cały czas bił się w środku mój rozsądek z intuicją. Intuicja krzyczała, żeby odstawić, nie podawać. Domownicy jednak wspierali zdanie lekarki.
Jednak z podawaniem leków walczyłam ja, sama. Nie wiem, nie ma leków odpowiednich dla dzieci? Nawet jakby były droższe, ale żeby, no nie wiem, smaczniejsze? Gorycz jaką dostarczała każda dawka nie przechodziła mi przez gardło (e tak, bo ja testuje zawsze na sobie zanim coś podam), a co dopiero takim maluchom. Wymyślałam, dosładzałam, podawałam w ukryciu. Nic nie było w stanie zabić tego smaku. Bo każdej próbie podania kończyło się to ordynarnym haftem na podłogę w kuchni. Na zmianę Lula ze Stasiem. Nie może tak być przecież... Tyle w tym dobrego, że chyba przy tych pawiach dzieciaki wyrzuciły z siebie całą flegmę jaka mogła im zalegać. I im lepiej. Bo wątpię by ten antybiotyk zdążył coś zadziałać.
Czas chyba przepisać dzieci do innej lekarki, a może nawet do innej przychodni. Nie może tak być, że na nic w zasadzie od razu przepisuje się antybiotyk i pół apteki. Rozmyślam nawet nad zapisaniem ich do mojej pediatrki, do której teraz uczęszcza mój brat. Dla niej podanie antybiotyku zawsze było ostatecznością, ja również wychodzę z takiego założenia. Tylko minus jest taki, że teraz jak nie mamy auta tam byśmy musieli dojeżdżać autobusem z 30 minut, a z poważnie chorym dziecięciem to ciężko.
Trzeba sprawę dobrze przemyśleć.