03 września 2013

Nie taki diabeł straszny


Kontynuując wpis o pierwszych dniach w przedszkolu, okazuje się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. :)
Wieczorem chciałam już poinformować Was o wrażeniach moich i moich potworków z dnia pierwszego, po chwili namysłu stwierdziłam, że się wstrzymam. Jak pomyślałam, tak zrobiłam i poczekałam na reakcję dzieci w dniu następnym - czyli dziś.

Niestety nasze przedszkole nie zorganizowało spotkań zapoznawczych bezpośrednio przed rozpoczęciem roku przedszkolnego, jak to miało miejsce przynajmniej w kilku na terenie Trójmiasta. Odbywały się co prawda przez cały poprzedni rok spotkania raz w miesiącu, w sobotę... Jednak jako matka wciąż studiująca nie mogłam sobie pozwolić być na każdym z maluczkimi, więc byliśmy w sumie na dwóch. Tak więc zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę - pierwszy raz dzieci i ich rodziców. Miałam nawet nadzieję, że będzie jakieś spotkanie dla rodziców przed, ale wciąż brzmiały mi w uszach słowa Pani Dyrektor "Na spotkaniu we wrześniu". Nie miałam pojęcia, czy przygotowałam na pewno wszystko. Czy rozmowy z dziećmi prowadzę właściwie. Czy one są na to dobrze nastawione. Do jakiej grupy trafili. Gdzie ich szafeczki... Idąc dalej za słowami Dyrektorki "Przyprowadzić dzieci, zostawić i wyjść. Absolutnie bez długich pożegnań.", a co z kołderkami i pidżamkami? Pytań było wiele i nikogo kto by mi odpowiedział. Przedszkole przez sierpień było zamknięte, telefony pozostały nieodebrane. Na szczęście połowa pytań rozwiała się już na wejściu...
Dzieci poszły w swoją stronę, mama w swoją, tata w swoją.
Panie prosiły by w miarę możliwości odebrać dzieci tuż po leżakowaniu w tych pierwszych dniach, że to niby jakoś tam pozytywnie wpływa na dzieci. Tak też zrobiliśmy, nawet S. dał radę jakoś zerwać się z pracy, byle by ich odebrać. Już na korytarzu było słychać jojczenie Tasiorka. Usprawiedliwione. W domu nie spał już od ponad roku w ciągu dnia, a jak mu się zdarzyło to zawsze w kiepskim humorze. Zawsze. Poczekaliśmy dzielnie i wyszedł z radosną miną, bo mógł się przytulić do mamy. Luli emocje puściły dopiero w szatni. Nie chciała zostawić tam kapci przedszkolnych i afera była na trzy fajery. Z jednej strony Lula jest bardzo przywiązana do swoich rzeczy, z drugiej zaś to chyba był poniekąd preteksty by wyzbyć się emocji. Było ciężko nam wszystkim, całe życie zmieniło się w ciągu jednego dnia. Zmiana harmonogramu też robi swoje, wiadomo.
W domu próbowaliśmy się dowiedzieć jak było, co było i gdzie było. Chcieliśmy wiedzieć wszystko. ;) Julka nie była skora do odpowiadania na pytania. Opowiadała jak miała chęć, lub jak mama wzięła ją pod pic. Cała Julka, cała ja. Staś za to chętniej opowiadał. Mówili, że Wiktoria (rówieśniczka z podwórka) płakała, bo tęskniła za mamą, i oni trochę też. Usłyszałam, że dwóch takich samych chłopaków w paski (idę słowo w słowo za moją córką, chodziło o bliźniaków) się pobiło. Był też jeden chłopak, który się posikał i latał bez koszulki na golasa, co Lulę strasznie śmieszyło (to latanie bez koszulki rzecz jasna). Staś wrócił za do domu z tekścikiem hej, kolego. Dziwnie, gdy Cię własne dziecię woła hej, kolego mamo.   O_o  Od Tasiora usłyszałam też, że Pani Przedszkolanka mówi, że nie wolno jeść brody. Muszę się koniecznie dowiedzieć o co z tą brodą dokładniej chodzi. ^_^
Generalnie byli zmęczeni, zestresowani, ale w dobrych humorach. Znając moje potworki, wiem, że nie można książki oceniać po pierwszym rozdziale i trzeba przynajmniej poczekać na drugi. Czekałam na reakcję dzisiejszego poranka. Nie chcieli iść do przedszkola. Jednak nie wywoływali histerycznej awantury, spokojnie o tym mówili. A gdy już rozpłaszczyliśmy się w szatni pognali do sali, z jednym zastrzeżeniem - mama, ty tu siedź, i czekaj na nas. Dziś było lepiej. Staś nie przywitał nas niezadowolonymi dźwiękami na korytarzu (pewnie dlatego, że cicho pałaszował podwieczorek). Lula miała tylko lekką dramę, tym razem o worek na kapcie. Jutro już chyba nic nie wymyśli.

Trzymajcie kciuki, bo wiem, że jedna jaskółka wiosny nie czyni. ;)