01 kwietnia 2013

Prezenty, jak dobre rady, sprawiają przyjemność tym, co je dają.

-Jak wychodzisz z dziećmi na dwór to ubierz im buty.

Sypie nie miłosiernie śniegiem. Dzieciaki dostają już wsiubździu, bo ile można w domu siedzieć.
-Wychodzisz z dziećmi na dwór? W taką pogodę?
-Na trochę się przewietrzyć, 10-15 minut nam nie zaszkodzi. Jak nam dupska zmarzną to szybciej wrócimy.
-No to tylko uważajcie na siebie, bo obwodnica stoi.
Pod domem mamy las, zazwyczaj tam chodzimy na krótkie spacerki. Do obwodnicy mamy jakieś 10 kilometrów.

Albo ten... Trzymam w ręce łyżeczkę z syropem na kaszelek. Bardziej zapobiegamy jak leczymy. Już mam podawać.
-Daj dziecku syrop na kaszel.

Znacie to? Na pewno. Chyba każdy ma kogoś takiego w naszym otoczeniu. Taką ciocię dobrą radę, wujka dobrą radę. To może być mama, babcia, dziadek, wujek, kuzyn, sąsiadka... I o ile na początku bywa fajnie, a czasem wręcz zabawnie to skończyć się może tragicznie. Jeżeli potrzebuję pomocy to sama po nią przyjdę, nie cierpię jak ktoś mi się chce ofiarowywać na siłę. Nie cierpię jak ktoś mi mówi jak mam postąpić, co zrobić.
Czasem zastanawiam się dlaczego mój język jest w ciąż w jednym kawałku, skoro tyle razy muszę się w niego gryźć. Z domu rodzinnego wyniosłam, że ze starszymi nie należy się wdawać w pyskówki, że do starszych trzeba mieć szacunek, jakiego by fizia nie mieli, to nie wiadomo jacy my będziemy w tym wieku. Żałuję... Żałuję strasznie, bo może gdybym wdała się w pyskówkę to dobre rady by się skończyły. Chociaż kto wie, co nastąpi, gdy mi się cierpliwość skończy, a już jestem na skraju.
Wiem, że niektórzy tak z dobrej woli. Ale po co? Uczymy się na własnych błędach, nie na cudzych. Cudze doświadczenia nas niczego nie uczą. Jeśli nigdy nie spróbujemy krewetki, to skąd będziemy wiedzieć, że jej nie lubimy? To, że inni nie lubią nie oznacza, że my tak samo. I odwrotnie. (Ja nie lubię.)
Mnie jako matkę, najbardziej wściekają porady dotyczące matkowania. Nie wydaje mi się aby dziadek, sąsiadka, pani z kiosku wiedziała lepiej jak zająć się moim dzieckiem. Pamiętam, było lato, bardzo ciepłe, poszukiwałam chustę na głowę dla Julianny, jeszcze wtedy wózkowej. Nie mogłam znaleźć nigdzie idealnej. Albo za małe, albo za duże, albo ze zbyt grubego materiału. Oczywiście, gdy leżała sobie w wózeczku, była zakryta daszkiem, w razie potrzeby osłoniętym z przodu tetrą i nic jej nie groziło. Ale dziecko czasem trzeba wyjąć z wózka, trochę ponosić, coś pokazać i nie zawsze jest cień na miejscu - stąd potrzeba na chustę. Weszłam do sklepu z czapeczkami dziecięcymi, szukałam, szukałam i z wielkim oburzeniem sprzedawczyni się spotkałam. Co ja sobie wyobrażam, żeby takie maleńkie dziecko leżało w wózku bez czapki, przecież uszy sobie przewieje! W bezwietrzny dzień, w wózku, leżąc w gondoli głębokiej...

Jak reagować? Można zwracać komuś uwagę. Można gryźć się w język, jak ja. Można liczyć do 10, jak nie wystarczy to do tysiąca od tyłu. Można olewać i nic sobie z tego nie robić - w moim przypadku ciężko, wszystko zaczyna być takie irytujące. Można też medytować...

Znacie jeszcze jakieś sposoby?