16 kwietnia 2013

Skok rozwojowy u dwulatka?

Korzystamy z pogody. Uczymy się jeździć na rowerze, gramy w piłkę, zaprzyjaźniamy się z kotami (w zasadzie tylko z Fruzą), wynosimy gryzące leśne mrówki za ogrodzenie - niech zajmują się swoimi sprawami, wieczoramy wypełniamy zeznania podatkowe i podania do przedszkola, polujemy na okazje na allegro i szukamy inspiracji. 
Kamienie zebrane z plaży wciąż czekają na gorszą pogodę - wtedy je pomalujemy farbkami. Ja bym widziała je jako biedronki, maluchy pewnie będą miały inną wizję.

Przechodzę nieco trudny etap z Tasiorkiem. Wygląda na skok rozwojowy, choć takie zdarzają się niby tylko u niemowląt do końca pierwszego roku życia. Według książek, a skoro nie ma dzieci książkowych... Staś ma straszne huśtawki nastrojów od śmiechu potrafi przejść do płaczu, po czym wrócić do śmiechu. Marudzi, nigdy takim marudą nie był... A teraz prawie w kółko walczymy. Pan Tatuś dzielnie wszystko znosi, choć może raczej śmieje się z własnej bezradności, nic nie jest w stanie poradzić. Mi puszczają nerwy. Zaczynam krzyczeć, a później mam wyrzuty sumienia. Do tego jeszcze etap, że tylko mama i mama. Mama pomoże usiąść na rowerek, co z tego, że wykonuje miliard czynności w tym momencie i co z tego, że ciocia stoi w pobliżu, nie, to musi być mama. Siku? Mama. Jeść? Mama. Oglądać bajki? Mama. Mama. Mama. MA MA!

Kilka dni temu, jak padał deszcz, mieliśmy prawie godzinną awanturę. My (ja, Sławek, Lula) kontra Tasior. Chciałam dzieciaki zabrać na skakanie po kałużach, wiem, że to uwielbiają. Przygotowałam kalosze, parasolki i resztę oprzyrządowania... Kalosze Stasia okazały się być mu za ciasne w łydce, bolało go niemiłosiernie, wrzynał mu się ściągacz. Julka jako że ma zgrabniejszą łydkę, a stópkę podobną zgodziła się na zamiankę. Staś, choć wcześniej paradował w kaloszach Julki tym razem nie miał ochoty. Mimo próśb, tłumaczeń, błagań, gróźb on się upierał przy swoim. W końcu się skończyło na tym, że Lula mogła skakać po kałużach, a on nie. Ubrał adidaski. Mam nadzieję, że udało mu się zapamiętać z tego co nie co. Podczas spaceru w kółko i w kółko mu tłumaczyłam dlaczego Julce wolno skakać po kałużach, a dlaczego on ma je omijać. Ale to powiedzmy że była w miarę uzasadniona sytuacja.
Wcześniej popłakał się o to, że na śniadanie dostał przekrojoną na cztery części bułkę posmarowaną dżemem, który bardzo lubi. On chciał na dwie.
Dziś popłakał się o to, że aby wyciągnąć rowerek na dwór trzeba zejść do piwnicy.
Był też płacz o to, że nie pozwoliłam mu ubrać zimowej czapki, a dałam letnią - z daszkiem.
dużo jest takich sytuacji w ciągu dnia, które wyprowadzają z równowagi.

Ja wiem, że z jego punktu widzenia wszystko jest istotne, ale zawsze staram mu się wytłumaczyć dlaczego tak, a nie inaczej. Oby to minęło... Życzcie mi cierpliwości. Proszę.