29 lipca 2013

Mamo, czym ty mnie karmiłaś...

Witajcie.
W związku z nawałem prac domowych, gości i innych, w tym remontu pokoju pod dzieci, podsumowanie dwóch tygodni wyzwania zrobię w niedzielę. Przepraszam Was, nie wiedziałam, że tak się wszystko mi nawali na głowę na raz. Ale wiadomo, w życiu są priorytety i Priorytety.

Teraz znalazłam chwilkę. Dzieci zmęczone po porannym spacerze, do tego duszno, goście wyszli, pada więc prania nie robię.

Przeczytałam parę artykułów, postów dotyczących żywienia dzieci.
Znów wychodzę na złą matkę. Na matkę, która jak mawiał poeta wzięła listę błędów i zaczęła je wszystkie popełniać po kolei. Ważne jest to co jedzą nasze dzieci. Każdy o tym wie. Dieta dziecka (dorosłego też), powinna być zróżnicowana, zawierać wszystkie potrzebne witaminy, wartości odżywcze etc. Eko-matki oczywiście odrzucają kupowanie czegokolwiek w markecie, w zasadzie to najlepiej jakbyśmy wszyscy mieli własną wyhodowaną żywność w ogródku. Nie macie ogródka? To na balkonie. Nie macie balkonu? To poświęćcie jeden pokój na domowy ogródek. Oczywiście przekolorywuje, ale nie wszędzie są dostępne jajka od szczęśliwych kur, nie wszędzie można kupić herbatę ze sprawiedliwego handlu, czy też warzywa wolne od zanieczyszczeń. Czasem nas na takie bycie eko po prostu nie stać, a bardzo by się chciało. Do tego dochodzi jeszcze kwestia smaku. Nie wszystko wszystkim smakuje. Każdy ma swoje smaczki, już ja o tym dobrze wiem. Gotując dla mojej rodziny muszę nieźle się na ćwiczyć by wszystkim smakowało. Taki przykład:  Tasior uwielbia gotowaną marchewkę i makaron, za to nie cierpi kukurydzy. Lula lubi mięsko, szpinak i kukurydzę, ziemniaki i makaron niespecjalnie, ale gotowanej marchewki nie dotknie. Sławek nie może patrzeć na makaron, najlepiej jadłby schabowe z ziemniakami i mizerią, nie lubi szpinaku. Ja natomiast nie przepadam za schabowymi, ziemniakami, gotowaną marchewką. Lubię makarony i szpinak. Sami widzicie, że nakarmić nas i nie robić 4 różnych obiadów, tak byśmy byli zadowoleni to wielka sztuka. W zasadzie jedynym daniem, które każdemu pasuje jest zupa pomidorowa... Ale ile można? :)
Mam taką teorię, że jak organizm potrzebuje jakiegoś składnika, to się o niego upomni. Jak będzie miał nadwyżkę, to przestanie nam coś smakować. Ja kiedyś mogłam nie pić nic innego jak mleko, na prawdę, kilka litrów dziennie. Teraz jak miałaby wziąć łyczka pewnie skończyłabym przytulając się do sedesu. Jajka w czystej postaci (gotowane, jajecznica) działają na mnie podobnie. Tasior kiedyś nie jadł sera, nie lubił. Zawsze prosił o kawałeczek, gdy Julka sobie życzyła plasterek, jednak zawsze wypluwał. Któregoś razu ostro chorowali. Pamiętam, że podawanie im płynów było na siłę... Po chorobie Staś zaczął jeść ser - organizm pewnie stracił coś czego wiele można znaleźć w żółtym serze.
Jakbyście zdrowo nie gotowali, jakbyście się nie starali, na pewno podajecie dzieciom coś co do jedzenia się nie nadaje.
Jogurty? Złe.
Banany? Złe.
Płatki kukurydziane i inne? Złe.
Mleko krowie? Złe.
Soki w kartonach? Złe.
Parówki? Złe.
Ser? Zły.
Wędliny? Złe.
Warzywa z nie przydomowego ogródka? Złe.
Potrawy mączne? Złe.
I tak dalej, i tak dalej...
We wszystkim NA PEWNO jest chemia, konserwanty, pestycydy, substancje niewiadomego pochodzenia. To wszystko jest sztucznie słodzone. W zasadzie to od spożywania tego wszyscy umrzemy.
Najgorsze jest to, że to co najczęściej pojawia się w artykułach dot. żywienia dzieci, okazuje się, że wszystko podawała mi moja mama. Może nie wszystko, ale większość. Oczywiście nie codziennie, ale podawała... MAMO, CZYM TY MNIE KARMIŁAŚ??? Jakim cudem ja wciąż egzystuję na tym świecie... Jakim cudem nie choruję... Jakim cudem nie mam żadnych schorzeń... Któż to wie. Ewenement na skalę światową.
Wszystko jest dla ludzi, nic w nadmiarze nie szkodzi. Trzeba postępować racjonalnie. To, że się będzie zabraniało dziecku jedzenia czekolady, nie zawsze oznacza, że się je uchroni. Czasem dziecko z chęci spróbowania zakazanego owocu, będzie obżerało się czekoladą po kątach. A to nie o to chodzi. Przesadne dmuchanie i chuchanie na dziecko może spowodować, że w późniejszym życiu gdy spotka się w jakiejś restauracji ze zwykłą potrawą - nie eko - okaże się, że ma problemy natury gastrycznej, bo żołądek nie jest wstanie przetrawić.

Jakie są Wasze spostrzeżenia w kwestii żywienia?