22 marca 2013

Słoiczki...

Frustracja dnia wczorajszego zdecydowanie dziś odpuściła i wróciłam do bycia normalną idealną panią domu. Czasem tak jest, że wszystko irytuje i złości, choć na co dzień w cale, aż tak bardzo nam to nie przeszkadza.
Lecz o czym to ja miałam...

6-miecięczny Staś pojony przecieraną zupką
przez 1,5-roczną Julkę ;)

Jesteście zwolennikami czy przeciwnikami podawania gotowych słoiczkowych produktów dla brzdąców? My, co prawda etap ten mamy już za sobą, ale wiele znajomych ma jeszcze malutkie dzieci i temat się ciągle przewija. Zawsze wolałam sama dziecku ugotować, szczerze mówiąc to ja nigdy w pełni nie ufałam przetworzonym papkom bez smaku i o nijakim kolorze. Bo jaką mam pewność co w środku jest? Atest? Atesty są często robione na zamówienie, przez dziwne firmy, więc nie nie nie... Chociaż wiadomo, czasami by ułatwić sobie życie Lula i Tasior dostawali taki gotowy obiadek. Po ręczne, wygodne, zawsze na mieście można było poprosić panią z baru o podgrzanie, bo kto odmówi dziecku. ;) Troszkę nie rozumiem matek, które mówią, że nie mają czasu gotować codziennie dla dziecka. Dziwię się niesłychanie. No bo jak to? A sobie i ojcu dziecka mają czas? Co to za problem ziemniaka obrać i do garnuszka wsadzić. Czym one są takie zajęte? Może ja nie wykonuję jakichś ważnych czynności związanych z egzystowaniem? A no tak, nie prasuję. To na pewno tego kwestia. ;)

Wracając do słoiczków. Wyobraźcie sobie, o zgrozo, że znajoma natrafiła dziś na folię, w gotowym obiadku dla brzdąca, którego marki nie podam by nie siać popłochu. Dopóki nie przeprowadzi się stosownych badań nie można oceniać. W słoiczku znalazło się coś przezroczystego, czego nie można było przegryźć. Doradziłam jej by przeprowadziła proste badanie ogniem, folia jak wiadomo topi się i śmiardoli. Mimo, że wszyscy mieli nadzieję, że to błonka od kukurydzy, cuśko się stopiło. Nie wiadomo czy dziecko zjadło folię, czy nie. Cokolwiek to było nie powinno znaleźć się w słoiku. Lada dzień zgłosi sprawę do Sanepidu, niech zbadają.

Nie tak dawno, po necie krążyła informacja o tym, że w kaszce znaleziono szczura. Na szczęście był to zlepek kaszki, ale pod informacją na różnych portalach pojawiały się wpisy typu "Od lat kupuję te kaszki i nigdy nic takiego nie miało miejsca!", "To nie możliwe, zawsze przyrządzam te kaszki dzieciom" etc. Nie rozumiem, to że coś nigdy nie miało miejsca, tzn. że nie będzie mieć miejsca w przyszłości? Jestem zdania, że wszystko może się zdarzyć. Jesteśmy tylko ludźmi. Wszyscy. I choć nie powinniśmy popełniamy błędy. Nawet mi kiedyś wpadła pinezka do ciasta na placki ziemniaczane. Spokojnie, nikt jej nie zjadł! Wyłowiłam szybciutko, widziałam jak spada.

Moja rada? Mamuśki, jak najczęściej to możliwe gotujcie same. Mroźcie, peklujcie, ale gotujcie same. Poza tym organoleptyczne poznawanie świata jest dla dziecięcia bardzo ważne. Może podziwiać różnorodność kawałków marchewki, kolorystykę od groszku do kukurydzy, a także zasmakować każdego smaku z osobna, nie paćki.

Pozdrowionka