07 sierpnia 2015

Podróże: Litwa - Gruto Park, Wilno

Pierwsze klika dni i ostatni dzień naszej zagranicznej części urlopu spędziliśmy na Litwie.
Pierwszym punktem programu był Gruto Parkas. 

O miejscach w Polsce opowiem innym razem

Park Gruto
Pewien bogacz litewski w momencie obalania na Litwie pomników postawionych na cześć sowieckich osobistości zaczął je wszystkie zwozić w jedno miejsce, tak powstał swoisty skansen komunizmu. Na pewno dla wielu istnienie tego rodzaju parku etnograficznego jest dość kontrowersyjne, jednak wprowadza wartość edukacyjną, a ilość zebranych „pamiątek” ukazuje stopień propagandy-trzeba pamiętać, że nie wszystkie pomniki przetrwały. 

Emu przechadzający się między pomnikami
Co nas zaskoczyło, to to, że park jest swoistego rodzaju hybrydą, bo oprócz miejsca poświęconego historii znajdziesz tam również mini zoo, głównie ukazujące różne rodzaje ptaszorów, niedźwiedzia, rysia i jeleni (co do warunków życia tych zwierzą się nie wypowiem jednoznacznie, bo nie jestem specjalistką, ale uważam, że mogłyby być lepsze), a także wielki plac zabaw dla dzieci, choć niektóre z atrakcji gabarytowo wyglądały, jakby były stworzone dla dorosłych. Poniżej skan mapy parku, powinno się powiększyć po kliknięciu na nie.
 Wstęp wyniósł nas 12 € + 0,25 € za mapkę. 6 € dorosły, dzieci do lat 6 za darmo.
Mapa otrzymana w kasie obiektu
Wilno
Kogo nie zapytasz o Litwę, każdy wymieni Ci jakieś miejsce które trzeba zobaczyć. Najczęściej jest to Wilno, tak więc było to drugie miejsce które musieliśmy zobaczyć po parku Gruto. Jako, że nie mieliśmy wcześniej zorganizowanego noclegu, bo ciężko było nam obliczyć ile czasu spędzimy gdzie i czy gdzieś dłużej nie zabawimy. Udało się znaleźć pole namiotowe niedaleko wieży telewizyjnej, które wywołało na nas, a bardziej na naszym portfelu, dreszczyk niedowierzania. Dzień wcześniej na noc zatrzymaliśmy się na polu namiotowym w Gołdapie, gdzie mieliśmy wszystkie z możliwych udogodnień: jezioro, prysznice, toalety, miejsce na mycie naczyń, pole do siatkówki, strzeżone kąpielisko ze zjeżdżalnią do wody, plac zabaw i za komplet 2 dorosłych, 2 dzieci + samochód + namiot zostawiliśmy 12 zł. A Wilno zażądało od nas 21 € (5 € dorosły, 2,50 za dziecko, namiot 3 €, auto również 3 €). Jest różnica, prawda? Chociaż, pewnie jakbyśmy chcieli rozbić się w centrum Warszawy to kwota byłaby podobna. W zamian za tę cenę otrzymaliśmy miejsce, prysznice, toalety i kuchnię. Dostęp do wi-fi był dodatkowo płatny, ale stwierdziliśmy, że nie jest nam kdo niczego potrzebny. Obsługiwał młody chłopaczek, który jako tako mówił po angielsku, jednak gdy się zorientował, że jesteśmy z Polski zaskoczył nas płynną polszczyzną. Niby wiedzieliśmy, że Litwini mówią po polsku, jednak nie obnosiliśmy się z tą polskością, bo krążą ploty, że oni wierzą w to, że my nie robimy nic innego, tylko knujemy jakby im to Wilno zabrać. Dlatego też, w pozostałych miejscach też unikaliśmy porozumiewania się z nimi po polsku. Ale przede wszystkim to nie spodziewaliśmy się znajomości polskiego po tak młodym chłopaczku.
Zanim się rozstawiliśmy zrobiła się godzina 17, warto przypomnieć tu sobie, że tam jest godzinę później niż u nas. Szkoda było reszty dnia na bimbanie pod namiotem, tym bardziej, że pole nie było dostosowane do dzieci, więc ruszyliśmy na miasto.
Widok z Zamku Górnego w stronę nowocześniejszej części miasta
Najpierw udaliśmy się do Zamku Górnego, gdzie podziwialiśmy basztę Giedymina, zamkniętą część ruin, a także widoki.  Z jednej strony widok na rzekę i część nowocześniejsza miasta,  z drugiej strony dachy domów na starym mieście, a z trzeciej malowniczo wychylająca się góra trzech krzyży zza liści sprawiły, że człowiek mógł poczuć się taki malutki wobec tego ogromu. Postaliśmy chwilę i ruszyliśmy w kierunku starego miasta, co by zobaczyć Ostrą Bramę. Po drodze napotykaliśmy się na malownicze uliczki, mieszające się kultury, wspaniałą architekturę, życie tętniące na ulicy, fontanny, zwieńczeniem wszystkiego była muzyka ulicznych grajków. Szkoda, że wszędzie niestety przewalały się drobne śmieci… W końcu dotarliśmy pod Ostrą Bramę i… Nic. Nie znaleźliśmy w niej nic co by nas poruszyło. Słabo oświetlona, nie rozumiemy czemu Polacy pod nią tak gnają i czemu jest to konieczny MUST SEE wycieczek na Litwę. Jakby ktoś miał ochotę mi wyjaśnić, to ja poproszę.
Potem wróciliśmy do samochodu i zaczęło lać, grzmieć i piorunami miotać. Przepaliła nam się żarówka w samochodzie. A pranie wywieszone przy namiocie całkiem przemokło. Ot taka ostrobramska zemsta za niezrozumienie. Przynajmniej namiot miał swój pierwszy raz podczas burzy, muszę przyznać, że dał radę i mogę go śmiało polecić (Hi-Tec Tobago 4).

Następna część niebawem, a tymczasem pozostawiam kilka foticzek.

Pierwsza rodzinna fota z kija
Stare miasto
Wstyd się przyznać, ale zapomniałam co to
Wieża telewizyjna