11 sierpnia 2015

Podróże: Troki, zamek na wyspie

S. zarzucił mi, że w poprzednim wpisie zabrakło mojej opinii, muszę mu przyznać rację. Nie będę już wpisu edytować, jeżeli chcesz wiedzieć więcej po prostu zapytaj. ;) Obiecuję poprawę, a na koniec zrobię ogólne podsumowanie.

Następnego dnia ruszyliśmy dalej w głąb Litwy.


Troki
W pobliżu Wilna znajduje się miasto Troki. Jest ono na prawdę malowniczo położone, gdyż jest osadzone na jeziorach. Zostawiliśmy samochód u Pana, który wygospodarował kawałek swojego podwórka na parking i skasował nas 2€ za cały dzień-przy cenach parkometrowych(jest takie słowo?), była to bardzo dobra cena. I jak to już w tej części Litwy bywa, bardzo dobrze mówił po polsku, choć był nieco zakręcony. Głównym punktem naszej wycieczki był zamek, ale po drodze zachwycaliśmy się kolorowymi drewnianymi domami, niestety nie wszystkie domy na Litwie tak wspaniale się prezentują.
Uliczka w Trokach
Jeśli zaś o sam zamek chodzi, to jest on położony na wyspie. Aby się do niego dostać, trzeba przejść po dwóch pomostach. Nie wiem, czy kursują tam statki i zabierają pasażerów, choć wydaje mi się, że tak, choćby dlatego, że warto byłoby udostępnić dostęp do zamku z innych części miasta. Sam zamek w dużej części jest zrekonstruowany, a jako, że lubimy informacje o dokonaniach Polaków, dodam, że w dużej części to zasługa polskich historyków sztuki. Przechadzając się w okół zamku można znaleźć tablicę, która o tym informuje. Bo po co miałaby być na widoku. :P

Widok z nabrzeża
Wejście do zamku kosztuje 6€ za osobę dorosłą, 3€ za dziecko, ucznia, studenta. Dzięki temu, że S. wciąż jest studentem, weszłam na obiekt jako matka z trójką dzieci, ciekawe, bo zazwyczaj czuję, że tak jest. 
Wewnątrz wita nas ogromny dziedziniec. Standardowo na dziedzińcu stoją dyby w których można zrobić sobie zdjęcie. Naszą rodzinną tradycją już jest, że ja w nich pozuję, a S. zawsze, żartuje, że mnie zostawia. Obawiam się, że kiedyś mnie tam rzeczywiście zostawi... Nie pokażę Ci zdjęcia, bo chcę z tego w najbliższej przyszłości zrobić kolaż. 
Wydaje mi się, że żadna grupa nie zajmuje się tam odtwórstwem historycznym, bo nic na to nie wskazywało, a sam obiekt jest bardziej traktowany jako muzeum. Zwiedzanie polega na przemieszczaniu się z komnaty do komnaty, jednak jest to na tyle sprytnie zrobione, że nie wchodzisz w każde jedne drzwi, tylko idziesz ciągiem.

Moi rycerze (ten mniejszy właśnie wchodzi)
Wystawa jest na prawdę bogata, choć czasem dla nas była nie zrozumiała. Oczywiście w takim miejscu można spodziewać się monet w gablotach, zdjęć z rekonstrukcji, manekinów z odtworzonymi strojami, jednak nijak mi się do tego wszystkiego miała wystawa fajek. Fajnie było zobaczyć te wszystkie fajki, i jak się zmieniały, ale było to nieco dziwne. Poza tym odkryciem dla mnie były dywany ze skóry zwierzęcej. Tzn. może nie odkryciem, ale zawsze myślałam, że taka skóra przed kominkiem z całą głową zwierzęcia to bardziej element gagu w kreskówkach, niż prawda. Och, jaką byłam ignorantką. 


Gdyby, nie to, że nasze dzieciaki są przyzwyczajone do zwiedzania, bo często je w weekendy gdzieś przeganiamy, to nie wiem czy zniosłyby to tak dobrze. Tasior polował na skarb, Lulę bawiło pędzenie z jednej komnaty do drugiej i to, że można się przed chłopakami schować. Oczywiście zatrzymywali się przy gablotach, zadawali pytania, sami mieli coś do powiedzenia w temacie, pamiętając jeszcze wizyty w polskich zamkach. Mi i S. bardzo się podobało, choć odwiedzenie zamku poleciłabym raczej ze starszymi dziećmi niż te moje urwisy (przypominam 4 i 5). 

Jak przechadzaliśmy się w okół zamku i bardziej mieliśmy się już ku końcowi złapała nas okropna zacinająca ulewa. Z lewej strony byliśmy susi, z prawej cali mokrzy. Moje ciało murem podzielone, dziesięć palców na lewą stronę, drugie dziesięć na prawą stronę, głowy równa część na każdą stronę. Uciekliśmy do samochodu i stamtąd ruszyliśmy do... O tym to już jutro, bo późno się zrobiło, a rano trzeba wstać. Podpowiedź jest oczywiście na mapce. Buzia!



Piosenka na dziś: