09 grudnia 2013

tyryryry

Korzystając z okazji, że Tasior drzemie, a mi wypadło niespodziewane wolne jako, że nie miał kto nad nim pieczy sprawować dziś, wpadam do Was. :)

Jest progres. Kryzys rozłąkowy mi po malutku mija. Ja wiem, że dzieci do przedszkola chodzą do września, a ja do pracy od 3 tygodni, ale te dwie godziny więcej, bez nich, mi robiły. Zaczynam dostrzegać, że to co się dzieje jest nieuchronne, nie zatrzymam ich dla siebie. Jest kolejna sprawa. Jestem ja i jest rodzina. Jestem dla rodziny, ale jestem też dla siebie. Hah, niesamowite odkrycie, co? Jednak poświęcając 3 lata życia w dopinanie wszystkiego często nie było czasu dla siebie. Wszystko dawało radość, ale brakował w tym mojej suwerenności. Teraz widzę, że świat beze mnie przez chwilę, się nie skończy. Że S. sobie świetnie daje radę. Że Julka i Staś potrafią zadbać o siebie. I że te dwie godziny są dla nich nieodczuwalne.

Jest dobrze. Praca mi się podoba. Towarzystwo mam wyśmienite.

Tylko te wieczory... Albo jestem gdzieś offline, albo walczę z uczelnianymi sprawkami. Musicie mi wybaczyć, nie czujcie się porzuceni, pamiętam o Was, choć mnie tak mało ostatnio...