05 listopada 2014

Mamo, tak bardzo tęsknię...

Na portalu SuperMamy pojawił się jakiś czas temu wpis opisujący trochę jak to wygląda oczami dziecka, gdy rodzic, mama, idzie do pracy...

Więcej: tu.
Sam wpis nie wzbudził we mnie żadnych większych emocji. Ja wiem, że dzieciaki tęsknią za nami jak nas nie ma, wiem jak reagują, gdy wracamy do domu. Dobrze znane mi jest też pytanie mamo, czy jutro jest wolne? Tak się szczęśliwie składa, że oby dwoje nie pracujemy w weekendy. Jednak ja jeszcze w ubiegłym roku dokształcałam się zaocznie, a S. ma jeszcze rok do obrony magistra, również zaocznie. Trochę właśnie ten czas z dzieciakami wpłynął na moją decyzję o chwilowym, a może i stałym, zawieszeniu edukacji. Kocham swoje dzieci, uwielbiam spędzać z nimi czas. Czasem nawet się śmieję, że chcę z nimi spędzać czas póki jeszcze mnie lubią i nie jest wstydem paradować z matką za rękę. ;)

Jednak do meritum, nie wiem czy ten wpis miał to na celu, ale wywołał niezłą lawinę komentarzy. Uwielbiam matczyne przepychanki, na prawdę nie mają umiaru. Przepychają się o to, która jest lepszą matką. Ta co siedzi w domu z dzieckiem, czy ta która dba o to by do przysłowiowego gara było co włożyć? Ale już najbardziej to rozśmieszył mnie komentarz Pani, która ma przyjemność siedzieć w domu ze swym potomkiem... Mianowicie zawód matki to najpiękniejszy zawód świata, a najlepszą zapłatą jest uśmiech dziecka. Oczywiście, ja się zgadzam, ale jak nie będzie co jeść, to ona tym uśmiechem nie wyżywi ani siebie, ani dziecka... Wszystko kosztuje, a na piękne oczy to się nic nie dostaje.

Trzeba umieć zrozumieć każdą sytuację, nie próbować się porównywać, to nie wyścig szczurów. Ja wierzę, że każda matka postępuje tak by dziecku zapewnić wszystko, by mu nic nie brakowało. Bo to nie sztuka oceniać. Lepsza jest matka, która może się w pełni poświęcić wychowaniu dziecka, poświęcić się dla niego w pierwszych latach życia, czy ta, która co dziennie zaprowadza dziecko do żłobka, w którym dziecko siedzi od samego otwarcia do zamknięcia a w tym samym czasie sama robi 3 etaty, by zapewnić jemu i rodzeństwu byt, bo ojciec ich zostawił bez niczego? Chyba nie można tego zestawiać przy sobie. To nie ta skala.

I wiesz co, ja się trochę zastanawiam, czy tak na prawdę to matki nie przeżywają ciężej tych rozstań, niż dzieci. Czy to nie jest takie tłumaczenie sobie, że dziecko cierpi, tęskni, płacze, a my na siłę doczepiamy tę pępowinę, choć samo jej już nie potrzebuje. Bo jeśli o mnie chodzi, i miałabym być egoistyczna, to wolałabym siedzieć z tymi swoimi dzieciakami, obserwować ich wszystkie poczynania... Ale ja wiem, że choćbym nie wiem jak się starała i jakich ze swoich umiejętności nie użyła, to nie dam maluchom takich możliwość rozwoju jakie dostaną, gdy po prostu otworzę przed nimi drzwi na świat. Oczywiście nie mówię o puszczaniu samopas, tylko o wypuszczeniu do ludzi. Do nawiązywania kontaktów z rówieśnikami, do możliwości poznawczych zderzania się różnych światów, do nawiązywania przyjaźni, doświadczenia nowych dla nich emocji -bo w domu nikt Luli nie powie, że jest głupia (bo nie jest!), a koleżanka z przedszkola powiedziała, i co robić? ;)

Małpoludy