21 lutego 2014

2014-02-21

O to jestem, znów po nieobecności dłużej, która nie wynika z braku pomysłów na posta, o niee... A z życia. Codziennego. 
Wciąż walczę z pracą inżynierską. Walczę i walczę, i walczę. 
Zdrowotnie mieliśmy kilka problemów. A to węzły chłonne powiększone, omyłkowo wzięte przeze mnie za świnkę, a to kaszel, katar i dziwnego pochodzenia gorączki. A to trzeba było Julce zęba wyrwać. 
Biedna Lula, ona to się nacierpi z tymi swoimi ząbkami... Mimo wszystko jest bardzo dzielna. Na prawdę, S gorzej zniósł to rwanie Lulowego zęba na poczekalni, i ja, siedząc pod nią na fotelu, niż sama ona. Bez płaczu się nie obeszło, ale szybko się uspokoiła i hopsiała jak zwykle. Oczywiście nie obeszło się też bez wróżki zębowej. 
Ahh, żebyście widzieli tą radość, jak rano pod poduszką zamiast zęba znalazły się 4 zł. Właśnie na tyle wyceniła zęba właścicielka. :)

Przepraszam, ale będę kończyć, choć nie było to moim zamysłem, by wprowadzać aż tak krótką notkę. Zwykle nie wypowiadam się o polityce, czy o wydarzeniach na świecie, choć zazwyczaj jakieś swoje zdanie mam... Na temat Majdanu wypowiadać się też nie będę, bo nie potrafiłabym ubrać tego co myślę i czuję we właściwe słowa. 
Jednak to co wyczytałam przed chwilą wytrąciło mnie tak z równowagi, że jedyne co bym mogła powiedzieć o autorce tekstu nie byłoby zbyt miłe. Sami wyróbcie sobie opinię, jeśli macie ochotę, ale obawiam się, że odczucia będziecie mieć co najmniej podobne...

A ja tymczasem idę ochłonąć...